JEGO okiem:
„Domyślam się, że byłby pan zainteresowany poznaniem człowieka, który nie kocha ludzi. Ja jestem właśnie takim człowiekiem, a nie kocham ich do tego stopnia, że postanowiłem za chwilę ukatrupić ich z pół tuzina, Może będzie pan zdziwiony: dlaczego tylko pół tuzina? Dlatego, że mój rewolwer ma tylko sześć naboi.”
Motto tego zwierzenia bynajmniej nie będzie wstępem do narzekania na życie. Wkroczyłem w wiek męski – spróbuję przeciwstawić się klęsce. Czyli o moim zainteresowaniu egzystencjalizmem – i czy egzystencja rzeczywiście poprzedza esencję?
Heideggerowska realność ludzka jako dowód ex cathedra na temat faktycznego istnienia ludzkiej egzystencji, potwierdzony zresztą przez Jean-Paula, wydaje się być zaskakująco banalny. Na szczęście od niego zaczyna się możliwość spokojnej i terminowej eliminacji zasadności istnienia kolejnych bytów, w tym Najwyższego. Historiozoficzny pesymizm, w jakim się ostatnio znalazłem – a to ostatnio trwa już długie lata – zdaje się zaprzyjaźniać z egzystencjalną potrzebą poszukiwania esencji. Z jednej strony Schopenhauer, z drugiej Jean-Paul. Dalej, panowie na G. i H., intelektualna elita pesymizmu i posępności, tj. głębokiego narzekania na świat.
Czy esencję można wydobyć przez miłość? Niektórym się to udaje. Mi daleko do generalizacji w stylu: to jest dobre, tamto jest złe (odrzucając na chwilę myślenie kategoriami kryminologicznymi). Z jednej strony, zniewolony – miłością – z drugiej, nie mogący pogodzić się z latami świetlnymi dzielącymi od rozstrzygnięcia, czy rzeczywiście jestem skazany na wolność. Jak my wszyscy – niby.
Jak moje postrzeganie egzystencjalizmu ma się do miłości, to kwestia jeszcze mocno niesprecyzowana. Mogę za to powiedzieć, jak się ma do postrzegania uprawiania seksu. Rzeczywiście egzystencja poprzedza erekcję, tfu, chciałem napisać: esencję. I to tylko w tym wymiarze, że bez tej pierwszej, by nie stawał.
Ładne stroje i jedzenie – wydobywanie esencji trwa nadal. Pucharki z drewna, na modłę średniowieczną, z których można pić gruzińskie wino. Radość kosztowania przewyższa konieczność pożywiania się, co zdaje się nie dotyczyć jedynie padlinożerców. Nie mam jednak przekonania, że można określić kwestię wydobywania esencji w procesie krótszym niż całe życie. A zakładając, że życie kończy się już po 30-stce, jak chce tego Houellebecq, to niestety nie zostało mi już zbyt wiele czasu na poszukiwanie odpowiedzi. Tym bardziej na kosztowanie, z którego nie zrezygnuję. Roquentin’owskie: „wszyscy jesteśmy tutaj, aby jeść i pić dla zachowania naszego drogocennego istnienia, a nie ma nic, nic, żadnej racji istnienia” – brzmi dla mnie dźwięczniej niż niejedno Kandydowskie zawołanie na modłę viva la vie! Jeść, pić i uprawiać miłość. Pierwsze kroki na drodze do Krainy Oz zostały poczynione. Tylko czego mi brakuje?
D.
JEJ okiem:
Brakuje kobiety. Do rozmycia i rozwiania mglistych (vide: egzystencjalnych) wynurzeń, które rozbiją się o kant nieubłagalnej rzeczywistości. A kto naczynia umyje, no kto? Skonfrontuję z kobiecym wdziękiem ową Roquentinowską postawę: "Na przykład owo jakby bolesne przeżuwanie: i s t n i e j ę, to ja właśnie je podtrzymuję. Ja. Ciało żyje samo, jeśli kiedyś zaczęło żyć. Ale to ja kontynuuję myśl, j a ją rozwijam, powolutku... Gdybym mógł powstrzymać się od myślenia! Próbuję, udaje mi się: jakby głowa napełniała się dymem... - to tak to by było:
A. "bolesne przeżuwanie" - dobra rada to taka... iść do dentysty
B. "bolesne istnienie" - por. bolesne istnienie kobiety, z czym męskie rozgrywa się najczęściej w środowisku duchowym
C. "ciało żyje samo" - a duchem zabawiają się na wysokościach niebieskich, wygodnie to tak być... bezdusznym
D. "kontynuuję myśl" - jałową i mroczną; ponawiam pytanie... kto pomyśli o umyciu naczyń?
E. powstrzymać od myślenia... nadmiernego i takiego "męskiego" można, owszem, sposób prosty: oddać się w zdolne dłonie kobiety
Ona wymodeluje, naprostuje, czasem jak trzeba... utemperuje. A gdyby to ONA była typową Egzystentką, panną Roquentin, panną-wielcy-pisarze-egzystencjalizmu? Mówcie co chcecie o Pani Bovary, ale gdyby to tak: "A Emma cieszyła się w głębi duszy, że jest istotą smętną, że udało się jej tak od razu osiągnąć ideał niedostępny sercom pospolitym. Zapuściła się więc w zawiły labirynt lamartinowskiej melancholii, słuchając harfy nad jeziorem, śpiewu wszystkich umierających łabędzi, szelestu wszystkich opadłych liści, pienia wznoszących się w niebo dziewic i głosu Wiekuistego, rozlegającego się w dolinach. Znudziło ją to wreszcie...".
I Jej okiem to nudne, że męskie umysły zagarnęły obszar filozoficznych wynurzeń na temat egzystencji. Kobiety praktyczniejsze, z duchem (czasu) nieupychanym po kątach (pod)świadomości dotarłyby w mistyczne i ezoteryczne rejony; dopiero by to literatura była - mniejsza objętościowo, ale za to jakościowo...!
A i jedno pochwalam: miłość kosztowaną na różne sposoby w cudownych zakamarkach świata.
M.